|
- Nie pozwolimy na powrót do władzy ludzi nienawiści - mówił w Sejmie premier Donald Tusk podczas debaty poświęconej aferze hazardowej. „Ludźmi nienawiści" są politycy PiS, w przeciwieństwie do zbawców narodu spod znaku afery hazardowej - Drzewieckiego, Chlebowskiego i samego premiera, który prawdopodobnie był źródłem przecieku tajnych informacji przekazanych mu przez szefa CBA Mariusza Kamińskiego.
Wystąpienie premiera o aferze - poprzedzone filipiką na ten temat tajnego współpracownika SB - Boniego - było podlane hurapatriotycznym sosem i deklaracjami wyświetlenia sprawy do końca bez względu na konsekwencje dla PO. Po to, by „żyło się lepiej" (malwersantom), premier wypowiedział wojnę PiS-owi, traktowanemu jako „wróg ludu". By zapewnić Platformie zwycięstwo, czytaj: sparaliżować prace komisji śledczej, na nowy odcinek został rzucony dotychczasowy wicepremier i minister spraw wewnętrznych i administracji Grzegorz Schetyna. Jako szef klubu ma pilnować, by wyświetlanie afery szło po myśli rządu. Nie ma wątpliwości, że jest osobą odpowiednią, gdyż sam w stenogramach z rozmów się pojawia... Deklaracje szefa rządu nie są warte funta kłaków. Ubrane w piękne, propagandowe frazesy mają przykryć faktyczne intencje: ochronę kumpli i Platformy Obywatelskiej. Tusk w hazardowym bagnie tkwi po uszy i gdyby miał honor bądź odwagę (czego po ludziach PO nie można się spodziewać), podałby się już do dymisji. Jednak w obawie o własną skórę - którą może mu jeszcze złoić prokuratura - kryje przekręciarzy. Dymisjonuje natomiast Mariusza Kamińskiego, szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, które aferę wykryło. Powtarzam: nie jest to nic innego jak ochrona mafii polityczno-gospodarczej, z prominentami Platformy w rolach głównych. Gdy wsłuchuję się w język nienawiści, w wojenną retorykę Tuska, Palikota, Niesiołowskiego, Schetyny, wracam pamięcią do maja-czerwca 1992 r., gdy Wałęsa z pomocą m.in. ówczesnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, którego jednym z liderów był Tusk, obalał rząd Olszewskiego. To była taka sama histeria, taka sama nagonka, której źródłem był strach przed ujawnieniem agentury w elitach politycznych. Obecnie powodem jest również strach - tyle że przed wyciagnięciem na światło dzienne mniejszych bądź większych machlojek rycerzy i baronów PO, posługujących się - świadczącym o ich rzeczywistym poziomie - knajackim językiem lumpenproletariatu. I podobnie jak wówczas sięga się po rozwiązania pozaprawne. Zgodnie z prawem premier odwołać szefa CBA nie może. Jeśli to zrobi - to według niektórych ekspertów prawnych powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Wysuwany przez szefa rządu argument o braku nieskazitelności etycznej i moralnej Kamińskiego oraz o jego kłamstwach, jest farsą. Jeśli można komuś zarzucić brak etyki, to tylko i wyłącznie Platformie i Tuskowi. „Etyczna" Platforma ma na sumieniu liczbę afer, którą można obdzielić kilka ekip, to „kulturalna" Platforma przemawia językiem nienawiści charakterystycznym dla sowieckich komunistów. I wreszcie - to owa „nieskazitelna" Platforma kłamie w żywe oczy o stanie państwa i kwitnącej gospodarce. Na marginesie dodam, że nieskazitelny i pałający miłością do narodu premier nie ustrzegł się kłamstwa także podczas debaty w Sejmie. Jak mówił - nie po to PO wygrała wybory, „żeby rozprawiać się z kimkolwiek, w tym z IPN, CBA czy Kościołem. Wygraliśmy te wybory po to, by w Polsce nikt nigdy nie rozprawiał się z instytucjami dlatego, że mu nie odpowiadają". Doprawdy? Gdy Instytut Pamięci Narodowej wydał książkę Cenckiewicza i Gontarczyka, udowadniającą agenturalność Lecha Wałęsy, bożyszcze Platformy i agentury, ekipa Tuska chciała dokonać zamachu na Instytut poprzez drastyczne ograniczenie mu budżetu m.in. na działalność badawczą. A jeszcze wcześniej - za rządów PiS - nikt inny tylko Platforma wzywała do niepokojów społecznych i budowania ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa przeciwko legalnie wybranemu rządowi. Truizmem jest stwierdzenie, że rząd Tuska jest najgorszym gabinetem po 1989 r. Ale mało tego - jest obok tych eseldowskich rządem najbardziej złodziejskim, ogałacającym kraj z resztek majątku. Tę formację interesuje tylko kasa, przekręty i mafijny lobbing. Gotowi są wyeliminować każdego, kto stanie im na drodze. I to jest rzeczywista przyczyna, dla której Tusk pozbywa się Mariusza Kamińskiego. Gdyby CBA siedziało cicho, Kamiński nie miałby żadnych problemów. Ale jego głowa musiała spaść, tym bardziej że pojawiło się podejrzenie, iż źródłem przecieku był sam premier. Są wciąż dwie Polski. Pierwszą, mafijną, uosabia Tusk i jego drużyna. Drugą, którą można określić przedmurzem IV RP - szef CBA. Paradoks polega jednak na tym, że polityk, który szefowi CBA nie dorasta do pięt w zwalczaniu korupcji, a wcześniej komunizmu - ma dziś pełnię władzy. Rządowa propaganda przedstawia decyzję Tuska o zdymisjonowaniu ministrów jako oczyszczanie władzy z osób skompromitowanych. Tymczasem nie jest to nic innego, jak ucieczka do przodu i odsunięcie od siebie podejrzeń o przeciek wart 500 milionów złotych w ramach przygotowywania gruntu pod przyszłoroczną walkę o prezydenturę.
NASZA POLSKA 41/2009
|