Radio Maryja
Mapa Grada Drukuj Email
Artykuły (główne)
źródło/autor Marek Garbacz/Nasza Polska   
wtorek, 13 października 2009 23:10

10300_gradA2317npGdy minister skarbu Aleksander Grad w 2008 r. wszedł do rządu Tuska, firma MGGP, w której udziały ma jego żona, stała się faktycznym monopolistą na rynku usług geodezyjno-kartograficznych.

„Grupa sześciu wspaniałych z PO, których zabrała śmiercionośna lawina dymisji, powinna być powiększona o dwa numery: siedem Aleksander Grad, osiem Julia Pitera. Jeśli nad ekspertką od dorszy na razie można spuścić zasłonę miłosiernego milczenia, to z ministrem skarbu Aleksandrem Gradem sprawa jest zupełnie inna. Brak jego dymisji pozostaje słodką tajemnicą Donalda Tuska. Grad pozostaje na stanowisku, choć skompromitował się przy tzw. prywatyzacji polskich stoczni, narażając państwo polskie na straty, a stoczniowców na utratę pracy i źródła utrzymania ich rodzin.

Jest jeszcze jedna sprawa, która ściśle wiąże się z Aleksandrem Gradem, posłem z Tarnowa, nazywanym przez tamtejszych wyborców „carem". Chodzi o karę nałożoną trzy tygodnie temu przez Unię w wysokości 400 mln zł za brak tzw. ortofotomap.
Ortofotomapa, to - jak informuje Wikipedia - mapa, której treść przedstawiona jest obrazem fotograficznym (zwykle zdjęcia lotnicze lub satelitarne powierzchni ziemskiej) przetworzonym metodą różniczkową oraz przedstawiona w nawiązaniu do układu współrzędnych przyjętego odwzorowania kartograficznego, inaczej zespół przetworzonych zdjęć lotniczych dopasowanych do jednolitej skali i wpasowanych na punkty osnowy geodezyjnej.

Krótki kurs historii zaniedbań

Kiedy trwały rolne negocjacje przedakcesyjne prowadzone przez ówczesnego ministra rolnictwa Jarosława Kalinowskiego, nikt z ekipy rządowej nie zadał sobie trudu zorientowania się, czy cały teren Polski objęty jest siecią zdjęć fotograficznych. A sprawa była bardzo poważna. Otóż zgodnie z wymogami rozporządzenia Rady Europy nr 1593/2000 z 17 lipca 2000 r. system taki musiał powstać w każdym państwie członkowskim Unii Europejskiej do 1 stycznia 2005 roku.
Gdyby ktoś z rządzących zadał sobie trud, aby zbadać tę sprawę, co sprawnemu urzędnikowi zajęłoby najwyżej kilkanaście minut, byłoby wiadomo, że Polska dość długo nie będzie mogła wywiązać się z obowiązku posiadania takich map, na podstawie których dokonano ewidencji gruntów, do których rolnicy pobieraliby stosowne dopłaty.
Już w 2001 roku problem ten dostrzegali polscy geodeci. By wytworzyć ortofotomapę kraju, oprócz zdjęć lotniczych czy satelitarnych potrzeba jeszcze innych informacji wejściowych, takich jak numeryczny model terenu (DTM) i osnowa fotogrametryczna bazująca na dokładnych pomiarach metodą GPS. Główny Urząd Geodezji i Kartografii oszacował czas wytworzenia DTM kraju z dokładnością wysokościową rzędu 2-3 metrów na ok. 5-9 lat.
Tak więc przed 2003 roku była jeszcze szansa wynegocjowania okresu przejściowego na uzupełnienie braków. Nic takiego nie uczyniono, a potem było tylko gorzej.

Unia chce nas karać

Za wykonanie ortofotomap odpowiada Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. W 2004 r., rozpoczynając wypłatę rolniczych dotacji, nie miała nawet zgody na wykonanie zdjęć lotniczych i dysponowała tylko zdjęciami satelitarnymi. W 2006 i 2007 roku ARiMR zamiast ortofotomapami przy ewidencjonowaniu gospodarstw rolnych, posługiwała się danymi katastralnymi. Początkowo Komisja Europejska nałożyła na budżet rolny 150 mln euro kary, czyli 5 proc. dopłat z dwóch lat, naliczając ją ryczałtem z całości dopłat. Tymczasem skala błędu jest kilkakrotnie mniejsza.
Początkowo Polsce udało się wynegocjować niższą sankcję. Według wyliczeń AriMR, zwrot powinien wynieść 88 mln zł. KE jednak nie zgodziła się z tą argumentacją i nakazała zwrócić 400 mln zł. UE uznała bowiem, że zaniechania polegały jedynie na tym, że strona polska nie zastosowała jednolitego systemu zdjęć lotniczych terenów rolnych przypisanych określonym gospodarstwom, który byłby zgodny z wymogami Unii Europejskiej. Aby było jeszcze więcej absurdów w tej sprawie, to Bruksela wcale nie oskarża polskich rolników, że ci źle wyliczyli powierzchnie swoich działek, aby naciągać i uzyskiwać zwiększone dotacje. Natomiast wyszli z założenia, że skoro powierzchnie te wyliczono wadliwie (brak ortofotomap z całej powierzchni Polski) to stroną, która traci, jest płatnik, czyli Unia, a nie beneficjent.

Skąd te problemy, skąd ten bałagan?

Ten bałagan bierze się z innego bałaganu - w ARiMR, która z niewielkimi rządami zarządzana była przez ludzi z PSL. Dyrektywa unijna narzucała przymus sporządzenia ortofotomap. I w latach 2006-2007 wydano na ten cel prawie miliard złotych.
A że czasu na prace geodezyjne było bardzo mało, administrator, czyli AriMR, stosował zasadę zamówień z „wolnej ręki". Oczywiście unijna strona cały czas kontrolowała stan i efekty takich prac. Okazało się, że najwięcej zastrzeżeń było do woj. łódzkiego i małopolskiego. Nad tworzeniem ortofotomap z tych dwóch województw pracowała firma pod nazwą Małopolska Grupa Geodezyjno-Projektowa (MGGP).

„Wolna ręka", czyli wszystko bierze Grad

Spółka MGGP została zawiązana na początku lat 90. m.in. przez Aleksandra Grada i jego dwóch kolegów. Wkrótce dołączył jeszcze jeden wspólnik. Firmie od samego początku wiodło się dobrze. Potem jeszcze lepiej, szczególnie wtedy, gdy Aleksander Grad poszedł w politykę. Dlatego w 1997 roku jego żona odkupiła udziały męża, który został wojewodą tarnowskim.
Rok 2001 w życiu Aleksandra Grad był znaczący. Z listy PO b. wojewoda tarnowski wszedł do Sejmu. Wybrał sobie komisję rolnictwa. Pracując w tej komisji, nadzorował prawidłowości wdrażania w ARiMR różnych systemów danych, które wtedy za olbrzymie pieniądze były wdrażane, a ich proces w niektórych segmentach nigdy nie został doprowadzony do końca.
Gdy w 2008 roku Aleksander Grad został ministrem, dla spółki MGGP zaczęły się jeszcze lepsze czasy. Spółka zgarniała prawie wszystkie publiczne zamówienia i tak po latach MGGP stała się potentatem na rynku usług geodezyjno-kartograficznych. Dochody firmy rosły lawinowo. Gdy ruszyły prace związane z budową autostrad i modernizacją innych dróg, pogoda dla MGGP stała się jeszcze bardziej słoneczna. Sprzyjały im decyzje Krajowej Izby Odwoławczej, do której słały odwołania przegrywające konkurencyjne firmy stające do przetargów. Autorzy tych odwołań naiwnie wierzyli, że KIO coś zdziała, aby firma MGGP nie brała wszystkich zamówień. Wierzyli, że ukróci nieprawidłowości przetargowe, na które wskazywali. Ale według KIO racja zawsze była po stronie MGGP. Sprawa była tak napięta, że ówczesny szef KP PiS Marek Kuchciński złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości przestępstwa, ale prokuratura w Krakowie nabrała wody w usta, a gdy Grad został ministrem, wkrótce sprawę umorzyła, nie dopatrując się nieprawidłowości czy konfliktu interesów. Przed półtora rokiem sprawa Grada, firmy jego żony i umorzenia sprawy przez prokuraturę żyła w mediach życiem iskierki. Potem zgasła zupełnie. W rezultacie Grad trzyma się mocno.

NASZA POLSKA 41/2009

Komentarze (0)Add Comment

Napisz komentarz
mniejsze | większe

busy